Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje gadulstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moje gadulstwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Pierwszy powiew lata

W czwartek widziałam lato. Naprawdę. Było tam i machało przyjaźnie łapką. Udało nam się popołudniową porą wybrać na spacer. Nie byle jaki, bo spacer nad morzem. 


Będąc w Trójmieście, krzywiłam się na korki, hałas, tłok i wszechogarniającą cywilizację. Tęskniłam za lasem, zielonością, ciszą i samotnością. Myślałam: jak można tu mieszkać? Szczególnie wiosną, gdy wszystko budzi się do życia, a tu tylko beton i beton. Chyba naprawdę się starzeję. Mój bunt na nowoczesność trwał do czasu, aż żołądek upomniał się o swoje prawa. Wtedy bez mrugnięcia okiem spałaszowałam mięcho z frytkami w globalnej jadłodajni. Nikt nie jest doskonały.

Miało być jednak o lecie. Lato objawiło się na "Zaspowym" deptaku. Dzieci śmigające na rowerach i hulajnogach, biegacze, "rolkowcy", spacerowicze i my uśmiechnięci, wędrujący bez pośpiechu za rączkę. Jak nie małżeństwo z prawie dziewięcioletnim stażem. Ciepło było, absolutnie bezwietrznie, pachniało morzem, goframi i relaksem. Na molo paliły się nastrojowe lampy, studenci śpiewali i grali na gitarze, pary trzymały się za ręce, rodziny pedałowały w kaskach i odblaskowych kamizelkach, a najodważniejsi chodzili boso po piasku. Wszędzie było słychać niedowierzające głosy: zupełnie jakby były wakacje. I tak spacerowaliśmy sobie, obserwując wypływający w morze statek. 



I choć aparat niepierwszej młodości nie odda uroku miejsca i tak chciałam Wam to pokazać.





czwartek, 13 marca 2014

Rodzinne geny

Wiosna już się czai za rogiem, listki czekają w napięciu, słonko grzeje, krokusy kwitną, a ptaki świergolą jak najęte. Oczywiście trzeba omijać zacienione miejsca, bo tam może nas nagle zmrozić mróz i uszy bez czapki odpadają. Nie będę się jednak czepiać szczegółów. 
Gdy widzę piękną pogodę za oknem budzi się we mnie chęć podróży. Jakiejkolwiek, choćby spaceru nad Wisłą. Gdybym puściła wodze fantazji, siedziałabym w aucie, z wypchanym po brzegi bagażnikiem, dzieciarnią z tyłu, mężem za kierownicą i pruła w dalekie góry, po drodze odwiedzając wszystkie ciekawe miasta, miasteczka. 
Obowiązki jednak wzywają, a i portfel nie chce współpracować. Jak już przy finansach jestem...

Ostatnio przy okazji urodzin Taty oglądaliśmy stare, czarno białe fotografie rodzinne. Z czasów gdy nasze pokolenie zaczęło się rodzić. Patrzyłam z niedowierzaniem, bo niemal na każdym zdjęciu poznawałam sukienki, w których była Babcia, Mama mojego Taty. Przecież chodziła w nich trzy lata temu, a one miały już 30 lat! Wcale nie wyglądały na tyle, a Babcia chodziła w nich niemal cały czas. Zapytałam o to Ciocię i tak rozwinęły się wspomnienia. Moja Babcia uwielbiała podróże. Niestety Dziadek zmarł dość wcześnie, więc była samotną Matką czwórki dzieci. Budżet domowy był ograniczony, ale dla Babci to nie było przeszkodą. Cały rok zbierała na wakacje. Nie przywiązywała uwagi do nowych ubrań, mogła chodzić cały czas w tym samym, co jest w sumie dość niezwykłe jak na kobietę. I faktycznie te kilka sukienek przewija się przez cały czas jak Ją pamiętam, a trzeba przyznać, że wyglądała w nich bardzo dobrze. Podziwiam też, że te kiecki przetrwały i były w tak dobrym stanie. Jak patrzę do własnej szafy to mnie zgroza ogarnia. Czy to była kwestia dobrej jakości materiałów czy właściwej pielęgnacji i dbałości? Pewnie wszystkiego po trochu. 
Przy urodzinowym stole popłynęły wspomnienia, jak to na początku podróży jechali do Gdyni i zajmowali cały przedział, żeby komfortowo jechać w góry. Dziadkowie pracowali na kolei, więc jeździli wszędzie pociągiem. Zwiedzili całą Polskę i przemierzyli niemal całe Tatry. Swoją drogą jak myślę o wakacyjnym wyjeździe pociągiem, z czwórką dzieci to mi się słabo robi. Nigdy bym się nie spakowała, tak żebym dała radę to potem podnieść. Jak bym te dzieci ogarnęła? Jak one by chodziły tak daleko? Jak zniosłabym marudzenie? Wołanie: pić! jeść! siusiu!  A przecież nie jadało się w restauracjach czy Macu. Jeszcze prowiant trzeba było zapewnić. Nieprawdopodobne. Podziwiam Babcię niezmiernie. Te wojenne kobiety byłe doprawdy ze stali.
Zresztą Babcia do końca życia lubiła podróżować. Wystarczyło rzucić hasło - Jedziemy! i już była gotowa. Te geny przeszły też na szczęście na jej dzieci i częściowa na wnuki.
Mam więc w sobie tą żyłkę podróżnika, który zawsze i wszędzie chce, ciekawi go, lubi...
I ta żyłka spotyka się z drugą.
Moja Babcia ze strony Mamy jest zupełnie innym typem. Ciekawa świata, na bieżąco z wydarzeniami (znacznie lepiej niż ja), świetnie zorganizowana, też przedwcześnie owdowiała, Matka trójki dzieci. Na pewno nie było jej łatwo. Jednak jeśli chodzi o podróże to z wielkim bólem można ją było gdzieś wyciągnąć. Jeździła w Tatry, co widać na zdjęciach, ale ja pamiętam jak trudno zawsze było namówić ją na wyjście z domu. Jak już wyszła to była zachwycona, cieszyła się odmianą, zwiedzała, poznawała. Najgorszy był sam moment wyruszenia: a po co? dlaczego? nie chce mi się? co ja tam będę robić? zimno będzie, itp. Teraz Babcia już nie wychodzi z domu ze względu na chorobę, ale pamiętam te cotygodniowe "walki podjazdowe" by zabrać ją na sobotni czy niedzielny dzień na świeżym powietrzu. Ten upór i niechęć do zmian. Takie trochę też zakompleksienie: a po co ja tam mam jechać, niech inni jadą. Te geny przeszły na jej dzieci i wnuki. 
W taki oto sposób codziennie walczą we mnie te dwa fronty. Jeden wyrywa się, chce jechać, zwiedzać, poznawać, żyć aktywnie. Drugi zaś marudzi, a po co?, ojej trzeba się ruszyć, nie lepiej zaszyć się z książką? a jak będzie nudno?/zimno?/beznadziejnie? Muszę sama siebie przekonywać, że warto pójść, ze będzie super, że będę umiała się odnaleźć w nowej sytuacji. Każdego dnia wygrywa kto inny. Jeśli odpuszczę i przez kilka dni siedzę w domu, to z każdym dniem jest trudniej wyjść, umalować się, coś zrobić. Nawet jeśli chodzi o ulubione zajęcia z aikido. Musze się pilnować, bo dobrze wiem, że jeśli odpuszczę jeden trening, to na kolejny też znajdę wymówkę. Cały poprzedni tydzień tak się obijałam i teraz czas wziąć się w garść. Denerwuje mnie ta cecha, to mułostwo, lenistwo. Czuję wtedy, że życie mi ucieka i nic nie zdążę zrobić. Ratunkiem jest wypełniony, zaplanowany dzień, kiedy na nic nie ma czasu, a wszystko w magiczny sposób jest zrobione. Stąd moja słabość do musztry, nadzoru, bo to mi pomaga, choć z drugiej strony chcę samodzielności i buntuję się.

Czy wy też macie takie sprzeczne natury??? 

środa, 5 marca 2014

O jedzeniu

Trafił mi się w zeszłą sobotę dzień wolny. Dzień tylko mój i do tego wyjazdowy. Zastanawiałam się usilnie, kiedy ostatnio wyjechałam gdzieś sama, z "obcymi" ludźmi. Nie mogłam sobie przypomnieć. Zawsze z rodziną, bliższą lub dalszą, dzieci, mąż, mama, ciocia, siostra. Z innymi to chyba tylko w szkole, a to już było dawno.
Postanowiłam wykorzystać ten dzień na nowości i luz, bez targania w torebce pieluch, aut, biszkoptów, wody i miliona innych rzeczy. Do tego po 15-tej wyładował mi się telefon. Dacie wiarę, że na kolację poszłam TYLKO z portfelem w kieszeni. Bez torebki!
Gdzie byłam? W Toruniu. Pięknym mieście, z zadbaną starówką, brukowanymi uliczkami i ceglanymi zabytkami. W sam raz na leniwe, niespieszne spacery, kawę i ciasto w przytulnej kafejce i cykanie zdjęć. Ha! Nie do końca. Pojechaliśmy tam grupą na staż Aikido i dwa razy po trzy godziny rzucali mną o matę. Mało relaksujące? A skąd. Ja to uwielbiam.
Ale miało być o jedzeniu, które oczywiście też uwielbiam. Mieliśmy okazję odwiedzić super miejsce Pierogarnię Stary Toruń. To miejsce z duszą, ciepłe, przytulne, pachnące. Pierwszy raz tam byłam i pierwszy raz próbowałam pieczonych w piecu pierogów. Pycha! Może to nie najlepszy dzień na wspominanie pyszności, bo dziś ścisły post. Będę dzielna. Pierogi były przepyszne, wybór był spory, przez mięsne, serowe, wegetariańskie do słodkich. My spróbowałyśmy z brokułem, lazurem i serkiem topionym, (nie jadam serów pleśniowych, ale w końcu miał być dzień nowości), z kurczakiem serem i pieczarkami oraz z mięsem wołowym, cebulą, papryką i ogórkiem konserwowym. Podane z sosami: pomidorowym, koperkowym i gorgonzola. Już mi ślinka leci. Próbowałyśmy też zupy grzybowej. Jeśli zajedziecie kiedyś do Torunia, koniecznie wpadnijcie na pierogi. Zaświadczam, że trzy w zupełności wystarczą.
Rodzinnie rzadko odwiedzamy takie miejsca, bo z dziećmi liczy się przede wszystkim czas. Nie możemy ryzykować 20 minutowego czekania na jedzenie, bez wspomagaczy typu kartki, kredki, samochodziki, gry słowne. Niby praktyka czyni mistrza, ale co to za relaks dla rodziców, gdy trzeba w popłochu łapać solniczki, pilnować niebujania się na krzesłach, co pięć minut lecieć do łazienki, a potem jeszcze słuchać: "nie będę tego jadł". Moi chłopcy w obcych miejscach jadają przeważnie frytki, bo wszystko inne nie jest takie jak u Mamusi. I gdzie tu dziecięca ciekawość świata? Tylko rutyna i to wiernie odtwarzana. 
Przypomniało mi się, jak kiedyś w restauracji kelner przyniósł nam danie, z fantazyjnym maziajem z sosu, co Nuncjusz skwitował: "Panu się chyba coś wylało."
Siedząc zatem przez godzinę w restauracji, w totalnym spokoju, konwersując sobie miło, dyskretnie obserwowałam i przemyśliwałam. Mam mały konflikt interesów, bo z jednej strony, jako osoba kochająca jedzenie nie lubię jeść sama, a już najgorzej z osobami, które są wiecznie na diecie, co to tylko: szklankę wody poproszę i dwa liście sałaty. Z drugiej jednak strony, jako osoba z nadwagą nie lubię jeść w towarzystwie, bo fisiuję sobie, że wszyscy patrzą na to ile zjem i czemu tak dużo. W efekcie zamawiam z reguły to co inni, co by nie odstawać i w małych ilościach. Jeśli wszyscy dajmy na to zamówią danie główne, to choćbym miała wielką ochotę na deser, nie wezmę go. Przeważnie wychodzę niedojedzona. No chyba, że jestem z mężem, tu się nie krępuję. Moje kompleksy mają oczywiście dobry wpływ, gdybym miała ciągle jeść z obcymi ludźmi, może byłabym chuda jak patyk. Ale co to za życie :). Wkładam sobie do głowy, że nikt na mnie nie patrzy, a już na pewno nie liczy ilości kalorii, a nawet gdyby, to skoro mam ochotę na pizzę a nie sałatkę to moja sprawa. W chwilach konfrontacji jednak polegam. Z zazdrością patrzyłam na facetów, którzy bez jakiejkolwiek krępacji zamawiali sobie, np. lody, nawet jeśli nikt inny nie zamawiał i wszyscy siedzieli z napełnionymi brzuchami. Generalnie nie wiem czy to tylko moja fiksacja, czy to my kobiety tak mamy. Takie niezdrowe, irracjonalne podejście do jedzenia i przekonanie, że ciągle podlegamy ocenie innych. Skąd nam się to bierze? Doprawdy, człowiek sam potrafi wpędzić się w ślepy zaułek. Mój Mąż zawsze się ze mnie z tego śmieje i w miejscach publicznych niemal czyta mi w myślach.
W efekcie, nie zjadłam cudnie wyglądającego ciasta czekoladowego z bitą śmietaną. Koniecznie muszę jechać jeszcze raz.

sobota, 15 lutego 2014

O dziwnym śnie

Śniło mi się dzisiaj, że byłam w Spa. Aż szkoda, że to sen. I w tym spa szłam Ci ja na basen z całą masą pierdołów, które co i rusz mi spadały. Wściekłam się trochę, bo jakże to, żeby na wakacjach tak się męczyć. Potruchtałam więc do recepcji, żeby mi te wszystkie toboły przechowali, puki ja się nie odmoczę w basenie. Staję przy kontuarze i... Nic. Nie mogę nic powiedzieć. Pani patrzy na mnie wyczekująco, a ja mam straszny szczękościsk. Dolna szczęka nie chce się oderwać od górnej. 
"w czym mogę pomóc?"
A ja nic. Oczy mi się rozszerzają, męczę się i chcę coś wydusić. Wszystko na nic. Próbuję więc na migi. Nie rozumieją. Łapię za kartkę i bazgrolę kolorowym długopisem, że nie mogę mówić! Lekarza! 
Przyszedł po chwili postawny, siwiejący Pan i macha ręką w kierunku gabinetu. A ja w pospiechu  odstawiam toboły, siatki, płyny do mycia (???), jakieś butelki plastikowe, ręcznik. Wstyd mi przy tym okropnie. W końcu macham na wszystko ręką i lecę za doktorem. Siadamy sobie na kanapie a ja macham rękami i demonstruję, że pyska nie mogę rozewrzeć. Pan pomachał głową, wyciągnął nogi przed siebie i mówi, że to brak relaksu i nerwy. Mam sobie odpocząć i szczękościsk puści. Wyciągam tedy i ja swoje koniczyny...
I otwieram oko. Kurde szczękościsk trwa. Otwieram drugie oko. Coś mi jakoś dziwnie. Śpię na brzuchu, ręce pod brodą, co najmniej jakbym się opalała na plaży. A śpiąca głowa przyciska się do rąk. 
Aaa rzeczywiście, trudno było by mówić.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Babska przyjaźń

Nie ma to jak przyjaciółki. 
Mój mąż ma mnóstwo zalet i nie wyobrażam sobie bez niego życia, ale bez przyjaciółek bym zwariowała. Choćby starał się jak może nigdy mnie do końca nie zrozumie. Obce są mu dylematy: jaki szampon (łysy jest), jaki krem (nie używa), o lakierze do paznokci nie wspomnę. Na słowa "nie mam co na siebie włożyć" dostaje gęsiej skórki i zaczyna śpiewać głupawe pioseneczki, które NAPRAWDĘ nie pomagają. Nie pomoże w wyborze sukienki... wróć... oczywiście, że pomoże, wybierze tę z największym dekoltem, w której w obecnej aurze zamarzną mi cycki, albo powie nic nie wnoszące do sprawy (aczkolwiek miłe) "Kochanie we wszystkim wyglądasz pięknie". Nie rozumie dlaczego kupiłam cudne, bajeranckie szpilki skoro trochę mnie cisną. No jak to! Bo boskie były! Absolutnie musiałam je mieć. I nie potrafi docenić tej wiekopomnej chwili, w której nie kupiłam pięknych spodni przecenionych na 49 zł, bo źle na mnie leżały. Sama nie wiem skąd u mnie ten rozsądek, a nie standardowe: "schudnę do nich". 
Przyjaciółka. Ta pewność, że mogę zawsze zadzwonić i stękać w słuchawkę, bo ON mnie nie rozumie, albo mam doła egzystencjalnego. Ględzić o kieckach, odchudzaniu, które nigdy się nie udaje, butach, za drogich albo za małych, dzieciach, kochanych ponad wszystko, ale jednak bałaganiących i czasem wkurzający, domu, gotowaniu i tysiącu innych sprawach. Rozmowa z kimś, kto myśli podobnie, kto zauważa szczegóły, niuanse nie do wychwycenia, kto pogłaszcze kiedy trzeba, a nawet da kopa w tyłek. Bez tego trudno zachować zdrowie psychiczne. Przynajmniej ja nie potrafię. Wieczór z przyjaciółką jest dla mnie niczym weekend w spa. Relaks, mnóstwo śmiechu, pełna swoboda, mała sesja terapeutyczna. Wracam potem do domu odświeżona, radosna z nowymi siłami, bez miliona wymyślonych problemów w głowie.
Z biegiem czasu nasze spotkania uległy zmianie. Kiedyś, w czasach szkolnych, z moją najlepszą przyjaciółką znikałyśmy w kuchni i piekłyśmy słodkości. Nikt nie miał tam wtedy wstępu. Snułyśmy daleko wybiegające plany o mieszkaniu w jednym domu. Ona na górze, ja na dole, a może odwrotnie? Pamięć mnie już zawodzi. O wielkiej choince na święta, która przechodziłaby przez dziurę w suficie. Wymyślałyśmy mężów, dzieci, pracę. Albo spacerowałyśmy. Godzinami. Lub robiłyśmy pikniki na łonie natury, bawiłyśmy się, rysowałyśmy. Zawsze było jakieś zajęcie, zero nudy. Zdarzały się oczywiście kłótnie, po których następowało milczące obrażanie. Pamiętam, że po kilku dniach, gdy emocje opadły bez zbędnych ceregieli wracałyśmy do stanu normalnego. Teraz, gdy każda z nas ma swoją, trochę już rozbudowaną rodzinę i nie mieszkamy we wspólnym domu, pozostały telefony, spotkania z całą gromadką lub dezercje, gdy wybywamy do kawiarni na kawę tylko we dwie. Choć nie widzimy się już codziennie, wiem, że wystarczy jeden telefon i możemy na siebie liczyć.
Przyjaźnię się też z innymi dziewczynami. Nasze wspólne spotkania są przepełnione śmiechem, gotowaniem, jedzeniem, tańcem, szaloną zabawą, a czasem wspólnymi łzami wzruszenia. Prócz tradycyjnych "domówek" mamy własną małą tradycję. Co roku wyjeżdżamy na jeden dzień pojeździć na drezynach. To dzień totalnej euforii, zero gadania o problemach w pracy, tylko śmiech, głupoty, śpiewy i niesamowicie ciężkie machanie dźwignią w drezynie. Może dla mężczyzn to bułka z masłem, ale kobiety mają zdecydowanie mniej pary w rękach. Umęczymy się strasznie, nawyzywamy "kto to wymyślił", nabijemy sobie siniaki, zjemy pyszną kiełbaskę upieczoną na ognisku, spalimy sobie tradycyjnie twarze wiosennym słońcem, a potem brudne, spocone, ale szczęśliwe będziemy przysypiać w autobusie powrotnym. 
Już nie mogę się doczekać maja.

czwartek, 16 stycznia 2014

Nie zapeszaj

- Cieszę się, że dzieciaki nie chorują. - powiedziałam do Mamy.
- Lepiej już tak nie mów. Nie zapeszaj.

Niby dlaczego? Zawsze mnie to irytowało. "Nie kracz", "Odpukaj w niemalowane drewno". Czy nie mogę bezkarnie cieszyć się, że dzieci od miesiąca nie chorują, że jestem szczęśliwa czy, że chociażby słońce świeci i pogoda jest piękna? Czy wypowiadając to na głos sprawiam, że coś małego i wstrętnego usłyszy i wypełznie by zniszczyć dobry nastrój? Skąd to się w ogóle wzięło? Skąd ten bezzasadny strach?
Gdzie siła pozytywnego myślenia, gdzie nadzieja?
To bardzo dziwne, że o przykrych, trudnych sytuacjach możemy opowiadać godzinami. Żalić się, martwić, paplać i paplać. Ale już cieszyć się publicznie co najmniej nie wypada.
Był taki rok, kiedy dzieciaki chorowały nam non stop. Nie były to bardzo poważne choroby, ale sparaliżowały całkowicie nasze życie towarzyskie i domowe. Wszystko kręciło się wokół inhalacji, lekarstw, smarkania nosów, mierzenia gorączki, a nawet i szpitala. Zero wyjść, zero spotkań z przyjaciółmi. Można było zwariować.
Na szczęście to już za nami. Teraz są dobre lata i korzystamy z nich jak możemy. Znajomi, spacery, mini wycieczki, basen, kulkolandy. Latem były rowery i rolki, kajaki, pływanie, spacery po lesie. Niby zwyczajne rzeczy, ale każdy  rodzic wie jak wygląda planowanie z dziećmi. Nagła gorączka potrafi zniweczyć wszystko.

"Licho nie śpi" jak mawia mąż do żony cierpiącej na bezsenność.
Czy słowami można to licho obudzić? Czy jeśli nie będę się głośno cieszyć, tylko udawać, że to nic takiego i siedzieć jak mysz pod miotłą, to nic złego się nie stanie?
Jakoś w to nie wierzę. Niestety ten nawyk jest tak mocno zakorzeniony, że sama się czasem łapię na pukaniu w niemalowane.
Na przekór wszystkiemu cieszmy się z małych i dużych spraw.


wtorek, 7 stycznia 2014

Zdjęcia

Zgrałam wreszcie zdjęcia z aparatu siostry. 
Czy też tak macie, że wpychacie wszędzie własny aparat, bo potem wyciągnięcie zdjęć od znajomych to niemal mission impossible? Mi się dzisiaj poszczęściło. Obudziły się dzięki temu letnie i jesienne wspomnienia. W tym roku wakacje były niskobudżetowe i bez dłuższego wyjazdu. Okazało się jednak, że dzięki temu były naprawdę urozmaicone. Szukanie nowych miejsc, nowi ludzie, nowe zainteresowania. Działo się tego lata oj działo. Może warto do tych wspomnień wrócić i je udokumentować, ale do tego muszę przekopać setki zdjęć.
Dziś kilka wykonanych przez siostrę.




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Ostatni wieczór lenistwa

Dziś ostatni dzień przerwy świątecznej. Jestem przejedzona, przemęczona, przestawiona w godzinach spania. Ale i tak kocham Święta. Choinka nadal świeci w kącie pokoju, przy żłobku leżą trzy naprędce zrobione korony, w których szliśmy w pochodzie Trzech Króli. Do snu śpiewamy kolędy. Jestem przesycona rodzinnymi spotkaniami. Czas zregenerować siły w ciszy i spokoju.

Jutro znowu czas do szkoły, tzn. Starszak mknie do szkoły i to o zgrozo na 7:30! Trzeba z czeluści lodówki, wygrzebać coś w miarę świeżego na kanapki, wyszykować, wtrynić plecak z rzeczami na basen i wio. Potem odgruzowywanie mieszkania, wieeelkie pranie, czystki w lodówce, może nawet znajdziemy czas na spacer.

Ale teraz jeszcze ostatnia w spokoju wypita herbata z mięty zerwanej latem z ogródka.


Życzę Wam dużo siły i uśmiechu na jutrzejszy dzień.

piątek, 3 stycznia 2014

Damą być

Obudziłam się dziś rano z myślą: o matko, zrobiłam to! naprawdę wczoraj założyłam bloga! i teraz trzeba będzie coś tam pisać. Jak się powiedziało A to teraz trzeba dalej lecieć z alfabetem.
Zawsze chciałam być damą. Dystyngowaną, eteryczną, wiotką z uprzejmym uśmiechem na ustach i prostymi plecami. Taką co to się nigdy przenigdy nie zgarbi. Poruszać się wolno, z wdziękiem i godnością. Bez śladu zagnieceń i plam na ubraniach. Z niewzruszonym spokojem w każdej sytuacji.
Cóż nie udało się.
Jestem szalona, roztrzepana, mówię dużo i głośno. Macham rękami jak wiatrak, śmieję się jak opętana. Łatwo wyprowadzić mnie z równowagi i krzyczę, gdy się wkurzę. Zawsze na siebie coś wyleję i nie umiem prasować (nawet włączonym żelazkiem). Nie wydaje mi się bym poruszała się z wdziękiem, a już na pewno nikt nie nazwał by mnie wiotką i eteryczną. 
Pozostaje mi jedynie zaakceptowanie siebie i od czasu do czasu wzdychanie z lekką zazdrością gdy widzę elegancką kobietę.
Za to jestem ciekawą żoną, fajną mamą i dobrą przyjaciółką. Uwielbiam czytać kryminały, gotować i bujać się w hamaku. Ostatnio odkryłam, że lubię sadzić kwiatki w ogródku o co nigdy bym siebie nie podejrzewała. Czyżby starość?? Kocham podróżować i planować podróże, bo wtedy człowiek nigdy się nie nudzi. Najchętniej spałabym do 11, bo jestem nocnym markiem.
Czy jest jakieś określenie na tego typu kobietę??? 
Chyba po prostu normalna.

Początek

3 stycznia to dzień równie dobry jak każdy inny na założenie bloga. Kiedyś się wreszcie muszę zebrać na odwagę. Żeby było kulturalnie, najpierw się przedstawię.
Mam na imię Ania, co powinno w dużym stopniu tłumaczyć moją gadatliwość, której mam nadzieję dać ujście na tym blogu. Stan rodzinny na dzień dzisiejszy to Szanowny Małżonek oraz dwójka małoletnich lat 7 i 3. Na brak rozrywek nie narzekam. Brakuje mi za to słuchaczy. Jestem przecież kobietą. MUSZĘ gadać, opisywać, opowiadać, dyskutować, a jak wiadomo mąż się do tego średnio nadaje. Po 5 minutach znudzone oczy zerkają tęsknie w stronę komputera, tudzież telewizora. Zaczyna się półprzytomne potakiwanie i wielce znaczące "yhm". Czyżbym pana zanudzała??? No doprawdy...
A wokoło tyle tematów, tyle rozmyślań, ulotnych chwil i plotek...
Dlatego, jak to się kiedyś mówiło "ku pamięci" zapiszę to wszystko tutaj. Mam nadzieję, że będziecie się  bawili równie dobrze jak ja, galopujące wieczorem myśli znajdą swoje miejsce, a zgnębiony mąż odetchnie z ulgą.