sobota, 15 lutego 2014

O dziwnym śnie

Śniło mi się dzisiaj, że byłam w Spa. Aż szkoda, że to sen. I w tym spa szłam Ci ja na basen z całą masą pierdołów, które co i rusz mi spadały. Wściekłam się trochę, bo jakże to, żeby na wakacjach tak się męczyć. Potruchtałam więc do recepcji, żeby mi te wszystkie toboły przechowali, puki ja się nie odmoczę w basenie. Staję przy kontuarze i... Nic. Nie mogę nic powiedzieć. Pani patrzy na mnie wyczekująco, a ja mam straszny szczękościsk. Dolna szczęka nie chce się oderwać od górnej. 
"w czym mogę pomóc?"
A ja nic. Oczy mi się rozszerzają, męczę się i chcę coś wydusić. Wszystko na nic. Próbuję więc na migi. Nie rozumieją. Łapię za kartkę i bazgrolę kolorowym długopisem, że nie mogę mówić! Lekarza! 
Przyszedł po chwili postawny, siwiejący Pan i macha ręką w kierunku gabinetu. A ja w pospiechu  odstawiam toboły, siatki, płyny do mycia (???), jakieś butelki plastikowe, ręcznik. Wstyd mi przy tym okropnie. W końcu macham na wszystko ręką i lecę za doktorem. Siadamy sobie na kanapie a ja macham rękami i demonstruję, że pyska nie mogę rozewrzeć. Pan pomachał głową, wyciągnął nogi przed siebie i mówi, że to brak relaksu i nerwy. Mam sobie odpocząć i szczękościsk puści. Wyciągam tedy i ja swoje koniczyny...
I otwieram oko. Kurde szczękościsk trwa. Otwieram drugie oko. Coś mi jakoś dziwnie. Śpię na brzuchu, ręce pod brodą, co najmniej jakbym się opalała na plaży. A śpiąca głowa przyciska się do rąk. 
Aaa rzeczywiście, trudno było by mówić.

środa, 12 lutego 2014

Zabawki z kartonu

Przez długi czas moja internetowa fascynacja nie obejmowała blogów. Czytałam dużo różnych artykułów, zaglądałam na strony, szukałam ciekawostek, pomysłów na życie, wakacje, zabawy. Przez pewien czas informacje na różnych portalach były ciekawe, z czasem jednak miałam wrażenie, że jak w gazetach wydawanych co miesiąc, wszystko jest na jedno kopyto. Po roku zatacza krąg. Postanowienia noworoczne, stroje na karnawał, wiosenne nowalijki, święta, chudniemy przed latem, olejki do opalania, stroje kąpielowe, przepisy na grzyby, środki na przeziębienie, jak nie przytyć zimą, święta, stroje na sylwestra  i od początku. Niby życie, ale jakoś tak konsumpcyjnie.
Pewnego razu natknęłam się na blog Lasche i tak się zaczęło moje blogowe odkrycie. Zupełnie inny świat, choć przecież taki sam. Inne podejście, inne priorytety. Z każdym nowym postem otwierałam szeroko oczy. Początkowo ogarnęły mnie wielgachne wyrzuty sumienia, że nie jestem tak kreatywną i wspaniałą matką, że nie umiem (a nawet czasem nie chcę) bawić się z własnymi dziećmi. Później jednak odrzuciłam kompleksy na bok. W końcu to przecież tylko od nas zależy jakie będziemy. Zaczęłam wykorzystywać niektóre pomysły Lasche, a także szukać nowych, bardziej dostosowanych do naszych zainteresowań. Szukałam nowych blogów, nowych pomysłowych mam. Szalonych kobiet, które nawet zwykłe codzienne zmywanie potrafią zamienić  w bajkową przygodę pełną wiedzy i magii. I znalazłam ich całe mnóstwo. Nie wiem skąd biorą natchnienie, skąd te głowy pełne pomysłów, skąd pasja i nienasycona ciekawość. Ale dziękuję Wam wszystkim z całego serca. Dzięki nim zaczęło być u nas ciekawiej. I nie tylko dla dzieci, ale też dla nas. Może nie zawsze tak jest i oczywiście bywają u nas dni pełne nudy i zniechęcenia, ale jest nadzieja i co najważniejsze wiele możliwości na poprawę.
Własnoręcznie wykonane zabawki cieszą najbardziej. Niby każdy o tym wie, ale jednak nie dowierza. Zdolności plastycznych nie posiadam, ale coś tam jednak potrafię. Wspólnymi rodzinnymi siłami, w przemiłej atmosferze, za sprawą blogowych inspiracji (niestety dawno to było i nie pamiętam źródła) stworzyliśmy własną wersję akwarium z tektury. I nie tylko. Zdjęcia są z zeszłego roku, ale "zabawka" przetrwała naprawdę długo, jak na poziom eksploatacji. Wszystko jeździło góra dół, na wełnianych sznurkach. Do dziś znajduję pojedyncze części. A i dla klocków znalazło się miejsce.





Tutaj druga możliwość, kartonowa zjeżdżalnia zrobiona z pudełka po zabawkach i przeciętych rurek po ręcznikach papierowych. Zapewniam, że pisku i radości wystarczyło na długie godziny. 


Nie liczę już modeli pociągów, które zostały zrobione z papieru. Niestety nie mam zdjęć, ale obiecuję się w przyszłości poprawić.

niedziela, 9 lutego 2014

Starszak pisze "ze słuchu"

Starszak pisze "ze słuchu". Sam się stara, bo rodzice - lenie nie zawsze mogą/chcą po raz setny wpisać coś do wyszukiwarki.
Czy ktoś zgadnie czego szukał Starszak?








p.s. 

Chyba wolałabym jakoś inaczej pisać niż Starszak i Młodszy. Myślałam i myślałam i z zakamarków pamięci wydobyło się wspomnienia naszego rozczulania się nad niemowlaczkiem. Był Nunek, Nusiek, a w ekstremalnej formie Nuncjusz. Chyba ten Nuncjusz zostanie. A dla Młodszego coś się jeszcze wymyśli.

czwartek, 6 lutego 2014

Faworkowa terapia antystresowa

W domu trochę ostatnio nerwowo. Młodszy się pochorował (tak wiem, wykrakałam) i  od tygodnia siedzimy na tyłkach. Nudyyy. Tak się rozleniwiłam, że zdarzało nam się leżeć na kanapie z książką lub tabletem przez dwie godziny. Matczyne wyrzuty sumienia od czasu do czasu organizowały jakieś zajęcia i zabawy, ale bez specjalnego zaangażowania. Plastelina, farby, szukanie przedmiotów z mapą.   
Swoją drogą to straszne jak się człowiek może w domu zasiedzieć. Żeby po paru dniach nie chciało się nawet wyjść po bułki, mimo, że słonko zachęcająco świeciło. Leń straszliwy i podstępny sprawiał, że w zlewie piętrzyły się naczynia, podłoga dostała plamek, a pranie... a nie, prać to ja akurat lubię, znaczy się pralka pierze. Ha!
W stanie lekkiej nerwowości zachciało mi się faworków. Napatrzyłam się TU. Trochę mi szło pod górkę, bo i śmietany nie było, i na przepis się nie mogłam zdecydować, a w kuchni bałagan. Dzieciarnia oczywiście zaraz zwietrzyła co się dzieje. Młodszy z wrzaskiem kazał się posadzić na blacie, a Starszak już wsadzał głowę do lodówki, w poszukiwaniu jajek. W obliczu rychłej awantury musiałam sięgnąć po przepis odstresowujący. 
Czy było sypanie mąką wszędzie? BYŁO
Czy była kłótnia kto będzie mieszał? BYŁA
Czy były jęki i stękania, że chcą inaczej sypać/mieszać/dodawać? BYŁY
Sami więc rozumiecie, że naprawdę musiałam mieć wsparcie. Polegało ono na tym, że zamiast odkładać ciasto "żeby odpoczęło", przez 10- 15 minut wali się w nie drewnianym wałkiem, aż pojawią się pęcherzyki powietrza.
Ach, cóż to za rewelacyjny sposób na pozbycie się frustracji. Naparzasz w niewinne ciasto ile wlezie wyobrażając sobie co lub kogo tylko chcesz. Można też zupełnie bezmyślnie, jako i ja czyniłam. Nie martwcie się jeśli Was siły opuszczą, zawsze znajdzie się chętny, żeby Was zmienić. I tak cała rodzina po kolei poużywała sobie ile wlezie. 
Nie było jednak tak słodko. Zużywszy tyle energii, zaczęli się dopominać o kolację. Co? Jak kolację? Jak mnie tu wielkie smażenie czeka? A szanowni państwo życzą sobie parówek, tostów i ketchupu. Żonglując ciastem, cedzakiem, garnkami, talerzami, tosterem i wołając w krytycznych momentach Męża, jakoś się udało dokończyć te faworki.
Dzieciarnia spróbowała i orzekła, że "nie są smaczne" i odmówiła konsumpcji.
Mąż poszedł na koszykówkę.
Cóż zjem je sama.
Bycie matką wymaga tyle poświęceń ;)



Faworki odstresowujące:

30 dag mąki
5 dag masła
5 żółtek
kieliszek koniaku
1-2 łyżki kwaśnej śmietany
łyżka cukru waniliowego
szczypta soli
cukier puder do pospania


Muszę się przyznać, że dałam zwykłej wódki, bo koniaku u nas niet. Bardzo bym chciała napisać ładnie i mądrze w jakiej kolejności wszystko należy robić, ale niestety nie umiem. Po prostu wszystko wymieszałam i zlepiłam w jedną całość, a potem bum.
Mam ten defekt, że przy przepisywaniu przepisów do własnego zeszytu, który kilka lat już ma, bardzo skracam wszelkie opisy. Z reguły ograniczam się do pojedynczych, co ważniejszych wzmianek typu - ubić białka. Pod tym przepisem mam informację o waleniu drewnianym wałkiem i żeby żółtka utrzeć z cukrem waniliowym, czego nie zrobiłam bo były warunki polowe. 
Zresztą na pewno sobie poradzicie, jeśli tylko przyjdzie Wam ochota na faworki.

p.s.

naprawdę są pyszne, piszę to otrzepując palce z cukru pudru

wtorek, 4 lutego 2014

Takie tam i portret

Poszłam dziś oddać książki do biblioteki. Słonko przyjemnie świeciło i zaskakująco mocno grzało. Ptaki świergotały jak szalone. Można było zamknąć oczy i poczuć się jakby była już wiosna. Ach...No, może przeszkadzał mały szczegół - mróz i śnieg.
W tym roku po raz pierwszy przegapiłam ten moment - pierwszy padający śnieg. Zawsze strasznie się rozczulam, stoję w oknie i cieszę się jak dziecko. To takie magiczne. Niestety magia szybko mija wraz z przenikliwym zimnem, skrobaniem szyb i odśnieżaniem. 

***

Grałam dziś ze Starszakiem w quiz.
Ja: Kto to jest kawaler?
Starszak: Ktoś kto podaje kawę.

***

Ostatnie tworzenie obrazków przez Starszaka, zaowocowało portretem rodziców.

Ja:



Ślubny stwierdził, że oddaje moją osobowość. Niby co to miało znaczyć, hę?

Małżonek pluskający się z wdziękiem w morzu:



he he he :)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Babska przyjaźń

Nie ma to jak przyjaciółki. 
Mój mąż ma mnóstwo zalet i nie wyobrażam sobie bez niego życia, ale bez przyjaciółek bym zwariowała. Choćby starał się jak może nigdy mnie do końca nie zrozumie. Obce są mu dylematy: jaki szampon (łysy jest), jaki krem (nie używa), o lakierze do paznokci nie wspomnę. Na słowa "nie mam co na siebie włożyć" dostaje gęsiej skórki i zaczyna śpiewać głupawe pioseneczki, które NAPRAWDĘ nie pomagają. Nie pomoże w wyborze sukienki... wróć... oczywiście, że pomoże, wybierze tę z największym dekoltem, w której w obecnej aurze zamarzną mi cycki, albo powie nic nie wnoszące do sprawy (aczkolwiek miłe) "Kochanie we wszystkim wyglądasz pięknie". Nie rozumie dlaczego kupiłam cudne, bajeranckie szpilki skoro trochę mnie cisną. No jak to! Bo boskie były! Absolutnie musiałam je mieć. I nie potrafi docenić tej wiekopomnej chwili, w której nie kupiłam pięknych spodni przecenionych na 49 zł, bo źle na mnie leżały. Sama nie wiem skąd u mnie ten rozsądek, a nie standardowe: "schudnę do nich". 
Przyjaciółka. Ta pewność, że mogę zawsze zadzwonić i stękać w słuchawkę, bo ON mnie nie rozumie, albo mam doła egzystencjalnego. Ględzić o kieckach, odchudzaniu, które nigdy się nie udaje, butach, za drogich albo za małych, dzieciach, kochanych ponad wszystko, ale jednak bałaganiących i czasem wkurzający, domu, gotowaniu i tysiącu innych sprawach. Rozmowa z kimś, kto myśli podobnie, kto zauważa szczegóły, niuanse nie do wychwycenia, kto pogłaszcze kiedy trzeba, a nawet da kopa w tyłek. Bez tego trudno zachować zdrowie psychiczne. Przynajmniej ja nie potrafię. Wieczór z przyjaciółką jest dla mnie niczym weekend w spa. Relaks, mnóstwo śmiechu, pełna swoboda, mała sesja terapeutyczna. Wracam potem do domu odświeżona, radosna z nowymi siłami, bez miliona wymyślonych problemów w głowie.
Z biegiem czasu nasze spotkania uległy zmianie. Kiedyś, w czasach szkolnych, z moją najlepszą przyjaciółką znikałyśmy w kuchni i piekłyśmy słodkości. Nikt nie miał tam wtedy wstępu. Snułyśmy daleko wybiegające plany o mieszkaniu w jednym domu. Ona na górze, ja na dole, a może odwrotnie? Pamięć mnie już zawodzi. O wielkiej choince na święta, która przechodziłaby przez dziurę w suficie. Wymyślałyśmy mężów, dzieci, pracę. Albo spacerowałyśmy. Godzinami. Lub robiłyśmy pikniki na łonie natury, bawiłyśmy się, rysowałyśmy. Zawsze było jakieś zajęcie, zero nudy. Zdarzały się oczywiście kłótnie, po których następowało milczące obrażanie. Pamiętam, że po kilku dniach, gdy emocje opadły bez zbędnych ceregieli wracałyśmy do stanu normalnego. Teraz, gdy każda z nas ma swoją, trochę już rozbudowaną rodzinę i nie mieszkamy we wspólnym domu, pozostały telefony, spotkania z całą gromadką lub dezercje, gdy wybywamy do kawiarni na kawę tylko we dwie. Choć nie widzimy się już codziennie, wiem, że wystarczy jeden telefon i możemy na siebie liczyć.
Przyjaźnię się też z innymi dziewczynami. Nasze wspólne spotkania są przepełnione śmiechem, gotowaniem, jedzeniem, tańcem, szaloną zabawą, a czasem wspólnymi łzami wzruszenia. Prócz tradycyjnych "domówek" mamy własną małą tradycję. Co roku wyjeżdżamy na jeden dzień pojeździć na drezynach. To dzień totalnej euforii, zero gadania o problemach w pracy, tylko śmiech, głupoty, śpiewy i niesamowicie ciężkie machanie dźwignią w drezynie. Może dla mężczyzn to bułka z masłem, ale kobiety mają zdecydowanie mniej pary w rękach. Umęczymy się strasznie, nawyzywamy "kto to wymyślił", nabijemy sobie siniaki, zjemy pyszną kiełbaskę upieczoną na ognisku, spalimy sobie tradycyjnie twarze wiosennym słońcem, a potem brudne, spocone, ale szczęśliwe będziemy przysypiać w autobusie powrotnym. 
Już nie mogę się doczekać maja.

czwartek, 30 stycznia 2014

Angry Pigs

Czy u Was też latają wściekłe ptaki? U nas od jakiegoś czasu owszem. Latają, skrzeczą, wybuchają, ćwierkają. Niby takie starodawne strzelanie z procy, ale jaki marketing. Nie powiem, sama się czasem wciągnę i odganiam potomstwo, bo "ile to można przy tablecie siedzieć!". 
Przy okazji zakupów przedświątecznych dostałam, wcale nie małego wytrzeszczu na widok cen tych ptaszynek. Oni chyba zupełnie poszaleli! Nigdy w życiu! Wylazła ze mnie sknera. Gdzieś tam na targu, w zabawkach co to wyżyją najwyżej 5 minut, wyszperałam kilka małych pluszowych, za całe 3 złote sztuka. Zabawa była przednia. Budowaliśmy z drewnianych klocków konstrukcje, które zamieszkiwały ludziki z lego. Z innych klocków i gumki recepturki powstała proca i... ognia! Aż szkoda, że nie mam zdjęć. Budowanie konstrukcji miało pewne wady, gdyż najmłodszym brakowało cierpliwości i to ja musiałam sprawdzać poziom drżenia rąk.
Ustawialiśmy też wieżę z pudeł na zabawki, na której szczycie zasiadała wybrana maskotka i za pomocą gumowych piłek ćwiczyliśmy celność. Nie wszyscy zawodnicy rozumieli zasadę rzucania z jednej linii, ale mniejsza o to. Tak na marginesie powiem, że podawacz do piłek to ma jednak ciężkie życie.
Stopniowo miłość do ptaków zaczęła spływać na świnki. I tu pojawił się zonk, bo o ile ptaszków różnej maści jest pod dostatkiem w sklepach, to zielonych wieprzków jak na lekarstwo. Pomijamy oczywiście propozycję jednej świni i jednego klocka za 50 zł. Ręka by mi chyba uschła.
Coś tam jednak było. Dzieciaki zostały obdarowane przez Babcię Świnkowym, pluszowym Królem i wtedy dopiero się zaczęło. Mania zielona nastała. Filmiki ze świnkami, świnki budują pojazdy, codzienne wojny o "pana Świnkę", "mamo, a sprawdzimy w sklepie czy mają jakieś świnki". Przyznaję, że rozważałam już nawet naukę dziergania na szydełku, żeby te zielone kulki stworzyć, jednak się nie zebrałam. W końcu zaczęłam dziś przetrząsać szafy w poszukiwaniu czegoś o odpowiednim kolorze, co mogłabym poświęcić w imię spokoju w domu. Padło na koszulkę męża. Oglądam ją z każdej strony i kombinuję jak mam to niby zrobić, żeby mi w miarę okrągła świnia wyszła. Mistrzem igły i nitki nie jestem, powiedzmy sobie szczerze. Wszystko to pod czujnym okiem Starszaka, który już kombinuje jak tatową koszulinę ocalić (solidarność plemników, czy jak?). I nagle moje cudowne dziecię podsuwa mi pod nos zielony balonik i mówi: "a może z tego zrobimy świnki? dokleimy uszy z papieru..." Mój Ty geniuszu kochany!!! To mi się tu już mózg gotuje, a to takie proste.
Z góry uprzedzam, że zdolności plastycznych nie posiadam, ale pomysł przedstawiam, bo może ktoś też ma marudzące o zieloną świnię dzieci, a budżet ograniczony do zdrowego rozsądku. Wszystkie opcje udoskonalające mile widziane.
Oczywiście na świnkach się nie skończyło. Na szczęście dzień się skończył.

wersja pierwotna plus wzór

czyżby nas hipnotyzowały?

niebieskie trio

nie, to nie jest  świnia pielęgniarka, to świnia w hełmie, proszę o zachowanie powagi :)



Od dziś gramy w zielone.